Tak się jakoś zdarzyło, że zawód, który przyszło mi wykonywać (nie bez przyjemności!) wiąże się m. in. z tym, że potrzebne są samochody, w które dużo się zmieści.
Tak, zdecydowanie, florystom najlepiej jest mieć co najmniej kombi. I ja kombi właśnie sobie kupiłam.
I w przypadku transportu kwiatów, nigdy nie można powiedzieć, że miejsca jest za dużo. Np. kompozycji kwiatowych nie da się ułożyć jedne na drugich, bo kwiaty się pogniotą. W ogóle przewóz szkła i roślin wymaga odrobiny wyobraźni przy pakowaniu...
W każdym razie, na stanie pracowni w której te kwiaty zdarza mi się wozić, jest sobie taki oto Peugeot Boxer. Szefowa od dawna straszyła mnie, że będę musiała nauczyć się nim jeździć. A ja się cieszyłam, bo to kolejny skill na moim koncie i kolejny samochód, który miałam okazję prowadzić.
Początki były oczywiście stresujące, bo przecież to takie wieeelkie bydle ( to chyba najmniejszy model Boxera ze wszystkich dostępnych) no i musiałam nauczyć się żyć jedynie z dwoma bocznymi lusterkami, bo tego pośrodku zwyczajnie nie ma, gdyż paka tego i innych podobnych dostawczaków jest zabudowana. Najbardziej denerwujące jest sprzęgło i to, że aby wrzucić wsteczny, trzeba "wrzucić" jedynkę i podnieść do góry taką obrączkę przy dźwigni zmiany biegów. W ogóle nie lubię tych przeróżnych kombinacji typu wsteczny jest tam gdzie jedynka, ale trzeba coś podnieść, docisnąć, przekręcić lub gdy w tym miejscu jest szóstka albo szóstka w miejscu wstecznego, itd...
Żeby jeszcze się chociaż producenci dogadali, ale co samochód to inaczej.
Wiem, że przede mną jeszcze ogarnięcie automatycznej skrzyni biegów, ale na razie nie zapowiada się bym miała usiąść za kierownicą jakiegokolwiek automatu.
Nie mniej, zanim wyjechałam w pierwszą trasę Boxerem, najczęściej przestawiałam go spod rampy na miejsce parkingowe pod firmą. Nie ma lepszej okazji do nauki parkowania takiego dużego samochodu niż powtarzanie tego regularnie co tydzień:)
Kiedy pierwszy raz wsiadłam do niego na miejsce kierowcy, doświadczona koleżanka powiedziała mi, żebym brała zakręty dalej, bo tu jest trochę jak w autobusie. Z opanowaniem tego manewru nie miałam większych kłopotów. W ogóle lubię Boxera. Minusem jest chyba tylko brak "szóstki", bo na trasie nie można sobie aż tak pocisnąć jakby się chciało (oczywiście już z pustą paką a nie ze szkłem i kwiatami).
Przy takim pojeździe trzeba też zacząć zwracać uwagę na znaki ostrzegające przed np. wysokością przejazdu pod mostem czy bramą. Koleżanki już urwały antenę od radia. Na szczęście to była tylko antena.;)
Co do samego Boxera, odkąd zaczęłam min jeździć, automatycznie zaczęłam też zwracać uwagę na inne "dostawczaki" i kilka razy odniosłam wrażenie, że widzę sobowtóry Boxera, ale zupełnie z innym znacznie z przodu. I nie przewidziało mi się, nie zwariowałam. Ponieważ Peugeot i Citroen (w tym nic dziwnego, bo marki są ze sobą powiązane) oraz Fiat ( tu już zdziwienie większe) produkują już drugą generację aut dostawczych wyglądających tak samo, z których każdy wypuszcza je pod swoją marką. Są to Fiat Ducato, Citroen Jumper i Peugeot Boxer. Jednym słowem- maska ta sama, ale inna marka. Co do tego co pod maską to się nie będę rozwodzić, chyba że kiedyś samej mi przyjdzie kupić sobie taką furę. Na razie nie zamierzam:P Temat samochodów bliźniaczych pewnie też kiedyś pojawi się na blogu, a tym czasem jadę dalej.
Jeśli chodzi o dane typu pojemność i ilość koni, to jakoś nie miałam okazji się zapytać ani sprawdzić w dowodzie. Z pewnością jest to diesel i ma 5 biegową skrzynię.
Do niedawna byłam z siebie taaaaaka dumna, że ogarniam jazdę Boxerem.
Do czasu aż przyszło mi jechać do Sopotu Iveco Daily.
To Iveco podobno ma jakieś 7 m długości (nie liczyłam), pojemność 250 i 110 koni (nie sprawdzałam). Jest to również diesel. Sześciobiegowy. Jednak ta pojemność i moc nie przekładają się na faktyczne osiągi. Straszna krowa z tego Iveco. I w dniu wyjazdy gałka od drążka zmiany biegów była klejona, po przy zmianie z jedynki na dwójkę, potrafiła ona zostać w dłoni. Bardzo to było zabawne muszę powiedzieć...
Na A1 udało mi się nim wyciągnąć 130 (więcej się bałam, bo samochód był załadowany niemal po sam dach) i to kiedy stopa mi się zmęczyła bo zwykle starałam się nie jechać więcej niż 120.
Ogólnie, fakt, że samodzielnie pokonałam trasę z Sopotu do Warszawy tym gigantem uważam za osobisty sukces. Pierwszy raz jechałam w tak daleką trasę bez zmiennika. No i nikogo ani niczego nie przytarłam :D Lusterka są najlepszym przyjacielem kierowcy.
czwartek, 9 października 2014
niedziela, 5 października 2014
samochody kościołowe*.
W słowniku języka polskiego, pod hasłem 'kościołowy' czytamy:
pot. żart. używany przy odświętnych okazjach.
Jako że akurat dziś niedziela i statystyczny Polak, jeszcze przed rosołem, schabowym i Familiadą był w kościele na sumie, to dziś idealna okazja do wyjaśnienia czym w pojęciu blahary są samochody kościołowe.
Są to samochody, o których słyszy się na podobnej zasadzie jak miejskie legendy. Znajomy znajomego, opowiadał, że teść babci żony szwagra kuzynki sąsiada to miał samochód, którym tylko do kościoła jeździł...
Po za tym, że rzecz jasna auto kościołowe jest podstawowym środkiem transportu na mszę niedzielną, jest zawsze trzymane w garażu, niemal fabrycznie nowe oraz przebieg nie przekraczający 50 tysięcy km.
Ja słyszałam też kilka takich historii. Np o trabancie, który "z tyłu to jeszcze oryginalną folię na siedzeniach miał", albo o tym, że "właściciel to go w garażu na dywanie parkował!".
Np moja osobista pani dr stomatolog opowiadała o tym, że jej ciotka, majętna kobieta, w latach osiemdziesiątych zrobiła prawo jazdy i zakupiła sobie nowego Mercedesa. Jednak wsiadła do niego raz czy dwa i stwierdziła, że bycie kierowcą to nie na jej nerwy. Po czym zamknęła okaz w garażu i trzymała tam, aż do momentu, kiedy młodsza siostra mojej dentystki nie zrobiła prawka, w związku z czym owa ciotka ofiarowała owego Mercedesa w prezencie świeżo upieczonemu kierowcy.
Czasem również na Autokrata.pl (nie żeby to była jakaś krypciocha tego serwisu, po prostu czasem czytam) z zaczerwienionymi policzkami śledzę artykuły o tym, że ktoś gdzieś w jakiejś szopie znalazł samochód pod sianem. Intrygujące są w tym momencie historie aut, które zostały kupione i schowane w świetnym stanie a potem pozostawione na lata w ukryciu i nie używane.
Po za tym na Autokracie to jak lubię wszystkie artykuły o starych samochodach, nie tylko kościołowych. Np kiedyś czytając artykuł o Citroenie DS, prawie się wzruszyłam, tak był ładnie napisany :)
Terminu 'spod kołderki' najczęściej używamy z moim bratem w kontekście stanu lakieru samochodów.
A jego geneza ma związek z ogłoszeniem na otomoto.pl, które znaleźliśmy kiedyś przeglądając oferty aut bez powodu, z czystej ciekawości.
Pamiętam też że było to w przeddzień premiery "Skyfall" i chyba mieliśmy sprawdzić coś odnoście Aston Martin'a, ale jakimś trafem zaczęliśmy oglądać Starletki.
Moja osobista, którą już opisywałam, poszła za mniej niż 1000zł.
A ta którą jakiś ktoś wystał, została wyceniona na 4000zł.
Wg ogłoszenia, model różniący się chyba tylko tym , że zamiast 3 była 5-drzwiowa. Miał 40 tysięcy przebiegu i został sprowadzony z Niemiec. Nie mogę powiedzieć, na zdjęciach autko wyglądało naprawdę jakby wyjechało z salonu. I tu nie chodzi o lakier, który błyszczał, (a mógł być równie dobrze świeżo po malowaniu), ale wnętrze, którego każdy detal znałam na pamięć z mojego modelu, ( a przypomnę auto w tym roku wg papierów powinno być już 19-letnie) sprawiało wrażenie nieużywanego nigdy.
No i na koniec to, co moją i brata uwagę przybiło najbardziej: wg ogłoszenia, osoba która oferowała Starlet na sprzedaż, u owego Niemca, "znalazła ją w garażu pod kołdrami i kocami".
Cóż każdemu autku życzę takich warunków przechowywania...
Oczywiście nie mamy z bratem pewności czy to ogłoszenie było autentycznie jak również stan licznika i lakieru, jednak element z kołderką zapadł nam w pamięć na zawsze.
Kończąc ten jakże pełen potwierdzonych i rzetelnych informacji post, muszę stwierdzić, że na pewno "Niemiec płakał jak sprzedawał" ;)
pot. żart. używany przy odświętnych okazjach.
Jako że akurat dziś niedziela i statystyczny Polak, jeszcze przed rosołem, schabowym i Familiadą był w kościele na sumie, to dziś idealna okazja do wyjaśnienia czym w pojęciu blahary są samochody kościołowe.
Są to samochody, o których słyszy się na podobnej zasadzie jak miejskie legendy. Znajomy znajomego, opowiadał, że teść babci żony szwagra kuzynki sąsiada to miał samochód, którym tylko do kościoła jeździł...
Po za tym, że rzecz jasna auto kościołowe jest podstawowym środkiem transportu na mszę niedzielną, jest zawsze trzymane w garażu, niemal fabrycznie nowe oraz przebieg nie przekraczający 50 tysięcy km.
Ja słyszałam też kilka takich historii. Np o trabancie, który "z tyłu to jeszcze oryginalną folię na siedzeniach miał", albo o tym, że "właściciel to go w garażu na dywanie parkował!".
Np moja osobista pani dr stomatolog opowiadała o tym, że jej ciotka, majętna kobieta, w latach osiemdziesiątych zrobiła prawo jazdy i zakupiła sobie nowego Mercedesa. Jednak wsiadła do niego raz czy dwa i stwierdziła, że bycie kierowcą to nie na jej nerwy. Po czym zamknęła okaz w garażu i trzymała tam, aż do momentu, kiedy młodsza siostra mojej dentystki nie zrobiła prawka, w związku z czym owa ciotka ofiarowała owego Mercedesa w prezencie świeżo upieczonemu kierowcy.
Czasem również na Autokrata.pl (nie żeby to była jakaś krypciocha tego serwisu, po prostu czasem czytam) z zaczerwienionymi policzkami śledzę artykuły o tym, że ktoś gdzieś w jakiejś szopie znalazł samochód pod sianem. Intrygujące są w tym momencie historie aut, które zostały kupione i schowane w świetnym stanie a potem pozostawione na lata w ukryciu i nie używane.
Po za tym na Autokracie to jak lubię wszystkie artykuły o starych samochodach, nie tylko kościołowych. Np kiedyś czytając artykuł o Citroenie DS, prawie się wzruszyłam, tak był ładnie napisany :)
Samochody spod kołderki*.
Terminu 'spod kołderki' najczęściej używamy z moim bratem w kontekście stanu lakieru samochodów.
A jego geneza ma związek z ogłoszeniem na otomoto.pl, które znaleźliśmy kiedyś przeglądając oferty aut bez powodu, z czystej ciekawości.
Pamiętam też że było to w przeddzień premiery "Skyfall" i chyba mieliśmy sprawdzić coś odnoście Aston Martin'a, ale jakimś trafem zaczęliśmy oglądać Starletki.
Moja osobista, którą już opisywałam, poszła za mniej niż 1000zł.
A ta którą jakiś ktoś wystał, została wyceniona na 4000zł.
Wg ogłoszenia, model różniący się chyba tylko tym , że zamiast 3 była 5-drzwiowa. Miał 40 tysięcy przebiegu i został sprowadzony z Niemiec. Nie mogę powiedzieć, na zdjęciach autko wyglądało naprawdę jakby wyjechało z salonu. I tu nie chodzi o lakier, który błyszczał, (a mógł być równie dobrze świeżo po malowaniu), ale wnętrze, którego każdy detal znałam na pamięć z mojego modelu, ( a przypomnę auto w tym roku wg papierów powinno być już 19-letnie) sprawiało wrażenie nieużywanego nigdy.
No i na koniec to, co moją i brata uwagę przybiło najbardziej: wg ogłoszenia, osoba która oferowała Starlet na sprzedaż, u owego Niemca, "znalazła ją w garażu pod kołdrami i kocami".
Cóż każdemu autku życzę takich warunków przechowywania...
Oczywiście nie mamy z bratem pewności czy to ogłoszenie było autentycznie jak również stan licznika i lakieru, jednak element z kołderką zapadł nam w pamięć na zawsze.
Kończąc ten jakże pełen potwierdzonych i rzetelnych informacji post, muszę stwierdzić, że na pewno "Niemiec płakał jak sprzedawał" ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




