czwartek, 9 października 2014

Co, ja nie pojadę? Ja? Czyli Blahara za kierownicą dostawczaka.

Tak się jakoś zdarzyło, że zawód, który przyszło mi wykonywać (nie bez przyjemności!) wiąże się m. in. z tym, że potrzebne są samochody, w które dużo się zmieści.
Tak, zdecydowanie, florystom najlepiej jest mieć co najmniej kombi. I ja kombi właśnie sobie kupiłam.
I w przypadku transportu kwiatów, nigdy nie można powiedzieć, że miejsca jest za dużo. Np. kompozycji kwiatowych nie da się ułożyć jedne na drugich, bo kwiaty się pogniotą. W ogóle przewóz szkła i roślin wymaga odrobiny wyobraźni przy pakowaniu...
W każdym razie, na stanie pracowni w której te kwiaty zdarza mi się wozić, jest sobie taki oto Peugeot Boxer. Szefowa od dawna straszyła mnie, że będę musiała nauczyć się nim jeździć. A ja się cieszyłam, bo to kolejny skill na moim koncie i kolejny samochód, który miałam okazję prowadzić.


Początki były oczywiście stresujące, bo przecież to takie wieeelkie bydle ( to chyba najmniejszy model Boxera ze wszystkich dostępnych) no i musiałam nauczyć się żyć jedynie z dwoma bocznymi lusterkami, bo tego pośrodku zwyczajnie nie ma, gdyż paka tego i innych podobnych dostawczaków jest zabudowana. Najbardziej denerwujące jest sprzęgło i to, że aby wrzucić wsteczny, trzeba "wrzucić" jedynkę i podnieść do góry taką obrączkę przy dźwigni zmiany biegów. W ogóle nie lubię tych przeróżnych kombinacji typu wsteczny jest tam gdzie jedynka, ale trzeba coś podnieść, docisnąć, przekręcić lub gdy w tym miejscu jest szóstka albo szóstka w miejscu wstecznego, itd...
Żeby jeszcze się chociaż producenci dogadali, ale co samochód to inaczej.
Wiem, że przede mną jeszcze ogarnięcie automatycznej skrzyni biegów, ale na razie nie zapowiada się bym miała usiąść za kierownicą jakiegokolwiek automatu.
Nie mniej, zanim wyjechałam w pierwszą trasę Boxerem, najczęściej przestawiałam go spod rampy na miejsce parkingowe pod firmą. Nie ma lepszej okazji do nauki parkowania takiego dużego samochodu niż powtarzanie tego regularnie co tydzień:)



Kiedy pierwszy raz wsiadłam do niego na miejsce kierowcy, doświadczona koleżanka powiedziała mi, żebym brała zakręty dalej, bo tu jest trochę jak w autobusie. Z opanowaniem tego manewru nie miałam większych kłopotów. W ogóle lubię Boxera. Minusem jest chyba tylko brak "szóstki", bo na trasie nie można sobie aż tak pocisnąć jakby się chciało (oczywiście już z pustą paką a nie ze szkłem i kwiatami).
Przy takim pojeździe trzeba też zacząć zwracać uwagę na znaki ostrzegające przed np. wysokością przejazdu pod mostem czy bramą. Koleżanki już urwały antenę od radia. Na szczęście to była tylko antena.;)

Co do samego Boxera, odkąd zaczęłam min jeździć, automatycznie zaczęłam też zwracać uwagę na inne "dostawczaki" i kilka razy odniosłam wrażenie, że widzę sobowtóry Boxera, ale zupełnie z innym znacznie z przodu. I nie przewidziało mi się, nie zwariowałam. Ponieważ Peugeot i Citroen (w tym nic dziwnego, bo marki są ze sobą powiązane) oraz Fiat ( tu już zdziwienie większe) produkują już drugą generację aut dostawczych wyglądających tak samo, z których każdy wypuszcza je pod swoją marką. Są to Fiat Ducato, Citroen Jumper i Peugeot Boxer. Jednym słowem- maska ta sama, ale inna marka. Co do tego co pod maską to się nie będę rozwodzić, chyba że kiedyś samej mi przyjdzie kupić sobie taką furę. Na razie nie zamierzam:P  Temat samochodów bliźniaczych pewnie też kiedyś pojawi się na blogu, a tym czasem jadę dalej.

Jeśli chodzi o dane typu pojemność i ilość koni, to jakoś nie miałam okazji się zapytać ani sprawdzić w dowodzie. Z pewnością jest to diesel i ma 5 biegową skrzynię.


Do niedawna byłam z siebie taaaaaka dumna, że ogarniam jazdę Boxerem.
Do czasu aż przyszło mi jechać do Sopotu Iveco Daily.


To Iveco podobno ma jakieś 7 m długości (nie liczyłam), pojemność 250 i 110 koni (nie sprawdzałam). Jest to również diesel. Sześciobiegowy. Jednak ta pojemność i moc nie przekładają się na faktyczne osiągi. Straszna krowa z tego Iveco. I w dniu wyjazdy gałka od drążka zmiany biegów była klejona, po przy zmianie z jedynki na dwójkę, potrafiła ona zostać w dłoni. Bardzo to było zabawne muszę powiedzieć...
Na A1 udało mi się nim wyciągnąć 130 (więcej się bałam, bo samochód był załadowany niemal po sam dach) i to kiedy stopa mi się zmęczyła bo zwykle starałam się nie jechać więcej niż 120.



Ogólnie, fakt, że samodzielnie pokonałam trasę z Sopotu do Warszawy tym gigantem uważam za osobisty sukces. Pierwszy raz jechałam w tak daleką trasę bez zmiennika. No i nikogo ani niczego nie przytarłam :D Lusterka są najlepszym przyjacielem kierowcy.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz