czwartek, 6 listopada 2014

Warto wyjść z domu

Warto wyjść z domu na spacer, zapuścić się w miasto, powłóczyć się po okolicy, bo nigdy nie wiadomo, czy nie odkryje się czegoś ciekawego.
Przykład nr1
Dałam się namówić na udział w pewnej akcji, polegającej na nagrywaniu na telefon śpiewających ludzi:D (efekty pracy można podziwiać tutaj ) Było piękne październikowe popołudnie, ja bawiłam się świetnie, a ponadto natrafiłam po drodze na dwa klasyczne auta: Mustanga i Camaro. No sama radość :)

Przykład nr 2
Warto czasem z samochodu przesiąść się w autobus.
Czemu, skoro masa ludzi, nieprzyjemnie, potrafi śmierdzieć i w ogóle jedzie się wszędzie dwa razy dłużej? Ostatnio jeśli zdarza mi się jechać komunikacją miejską jest to jedna z niewielu okazji na poczytanie książki, na co zwyczajnie nie mam czas. Przez bycie w tzw. niedoczasie nawet blogi zaniedbałam.
A jeśli nie książka, to można bezkarnie gapić się przez szybę i podziwiać widoki za oknem, na co nie można zawsze sobie pozwolić będąc kierowcą.
Z tego właśnie powodu,( bo patrzę zwykle na drogę a nie na to co dookoła)  jadąc autobusem, zauważyłam, że przy tej samej ulicy przy której stoi mój ukochany Skylark, pod folią, na jakimś zapomnianym przez Boga placyku smętnie stoi Citroen CV 2 w kolorze niebieskim.

to oczywiście nie ten sam. to tylko zdjęcie poglądowe;)


Gdyby nie to, że akurat wtedy wybrałam się do centrum autobusem, nigdy nie zwróciłabym uwagi, że stoi tam taki skarb. 
Co prawda tego modelu wyprodukowano grubo ponad 3 miliony, ale to nie zmienia faktu, że choć był popularny, teraz widzi się je coraz rzadziej. 
Został zaprojektowany jeszcze przed II wojną światową i już wtedy skonstruowano kilka prototypowych modeli. Podobno wszystkie po za jednym i ukrytymi wraz z nim planami, wpadły w ręce Niemców i zniszczone. Dzięki temu jednemu ocalałemu modelowi zaraz po wojnie można było rozpocząć produkcję prostego w konstrukcji, taniego i łatwo dostępnego auta. 

Przykład nr 3

To jest raczej historia o tym, że warto wyjść z domu a nawet wyjechać gdzieś dalej. 
We wrześniu, sprawy służbowe rzuciły mnie spod Warszawy aż do Sopotu. (pamiętna podróż Iveco Daily)
I parkując, a następnie udając się do miejsca zakwaterowania, oto co napotkałam : 
Przepięknego Forda Taunusa XL, ( przybliżona data produkcji 1973 lub 1974) na niemieckich blachach. Widać, że ktoś kocha ten samochód, bo lakier, wszelkie chromy i ogólnie środek, wyglądały jakby prosto z salonu wyjechał :)








Więcej o tym modelu napiszę, jak w końcu znajdę więcej czasu.

czwartek, 9 października 2014

Co, ja nie pojadę? Ja? Czyli Blahara za kierownicą dostawczaka.

Tak się jakoś zdarzyło, że zawód, który przyszło mi wykonywać (nie bez przyjemności!) wiąże się m. in. z tym, że potrzebne są samochody, w które dużo się zmieści.
Tak, zdecydowanie, florystom najlepiej jest mieć co najmniej kombi. I ja kombi właśnie sobie kupiłam.
I w przypadku transportu kwiatów, nigdy nie można powiedzieć, że miejsca jest za dużo. Np. kompozycji kwiatowych nie da się ułożyć jedne na drugich, bo kwiaty się pogniotą. W ogóle przewóz szkła i roślin wymaga odrobiny wyobraźni przy pakowaniu...
W każdym razie, na stanie pracowni w której te kwiaty zdarza mi się wozić, jest sobie taki oto Peugeot Boxer. Szefowa od dawna straszyła mnie, że będę musiała nauczyć się nim jeździć. A ja się cieszyłam, bo to kolejny skill na moim koncie i kolejny samochód, który miałam okazję prowadzić.


Początki były oczywiście stresujące, bo przecież to takie wieeelkie bydle ( to chyba najmniejszy model Boxera ze wszystkich dostępnych) no i musiałam nauczyć się żyć jedynie z dwoma bocznymi lusterkami, bo tego pośrodku zwyczajnie nie ma, gdyż paka tego i innych podobnych dostawczaków jest zabudowana. Najbardziej denerwujące jest sprzęgło i to, że aby wrzucić wsteczny, trzeba "wrzucić" jedynkę i podnieść do góry taką obrączkę przy dźwigni zmiany biegów. W ogóle nie lubię tych przeróżnych kombinacji typu wsteczny jest tam gdzie jedynka, ale trzeba coś podnieść, docisnąć, przekręcić lub gdy w tym miejscu jest szóstka albo szóstka w miejscu wstecznego, itd...
Żeby jeszcze się chociaż producenci dogadali, ale co samochód to inaczej.
Wiem, że przede mną jeszcze ogarnięcie automatycznej skrzyni biegów, ale na razie nie zapowiada się bym miała usiąść za kierownicą jakiegokolwiek automatu.
Nie mniej, zanim wyjechałam w pierwszą trasę Boxerem, najczęściej przestawiałam go spod rampy na miejsce parkingowe pod firmą. Nie ma lepszej okazji do nauki parkowania takiego dużego samochodu niż powtarzanie tego regularnie co tydzień:)



Kiedy pierwszy raz wsiadłam do niego na miejsce kierowcy, doświadczona koleżanka powiedziała mi, żebym brała zakręty dalej, bo tu jest trochę jak w autobusie. Z opanowaniem tego manewru nie miałam większych kłopotów. W ogóle lubię Boxera. Minusem jest chyba tylko brak "szóstki", bo na trasie nie można sobie aż tak pocisnąć jakby się chciało (oczywiście już z pustą paką a nie ze szkłem i kwiatami).
Przy takim pojeździe trzeba też zacząć zwracać uwagę na znaki ostrzegające przed np. wysokością przejazdu pod mostem czy bramą. Koleżanki już urwały antenę od radia. Na szczęście to była tylko antena.;)

Co do samego Boxera, odkąd zaczęłam min jeździć, automatycznie zaczęłam też zwracać uwagę na inne "dostawczaki" i kilka razy odniosłam wrażenie, że widzę sobowtóry Boxera, ale zupełnie z innym znacznie z przodu. I nie przewidziało mi się, nie zwariowałam. Ponieważ Peugeot i Citroen (w tym nic dziwnego, bo marki są ze sobą powiązane) oraz Fiat ( tu już zdziwienie większe) produkują już drugą generację aut dostawczych wyglądających tak samo, z których każdy wypuszcza je pod swoją marką. Są to Fiat Ducato, Citroen Jumper i Peugeot Boxer. Jednym słowem- maska ta sama, ale inna marka. Co do tego co pod maską to się nie będę rozwodzić, chyba że kiedyś samej mi przyjdzie kupić sobie taką furę. Na razie nie zamierzam:P  Temat samochodów bliźniaczych pewnie też kiedyś pojawi się na blogu, a tym czasem jadę dalej.

Jeśli chodzi o dane typu pojemność i ilość koni, to jakoś nie miałam okazji się zapytać ani sprawdzić w dowodzie. Z pewnością jest to diesel i ma 5 biegową skrzynię.


Do niedawna byłam z siebie taaaaaka dumna, że ogarniam jazdę Boxerem.
Do czasu aż przyszło mi jechać do Sopotu Iveco Daily.


To Iveco podobno ma jakieś 7 m długości (nie liczyłam), pojemność 250 i 110 koni (nie sprawdzałam). Jest to również diesel. Sześciobiegowy. Jednak ta pojemność i moc nie przekładają się na faktyczne osiągi. Straszna krowa z tego Iveco. I w dniu wyjazdy gałka od drążka zmiany biegów była klejona, po przy zmianie z jedynki na dwójkę, potrafiła ona zostać w dłoni. Bardzo to było zabawne muszę powiedzieć...
Na A1 udało mi się nim wyciągnąć 130 (więcej się bałam, bo samochód był załadowany niemal po sam dach) i to kiedy stopa mi się zmęczyła bo zwykle starałam się nie jechać więcej niż 120.



Ogólnie, fakt, że samodzielnie pokonałam trasę z Sopotu do Warszawy tym gigantem uważam za osobisty sukces. Pierwszy raz jechałam w tak daleką trasę bez zmiennika. No i nikogo ani niczego nie przytarłam :D Lusterka są najlepszym przyjacielem kierowcy.



niedziela, 5 października 2014

samochody kościołowe*.

W słowniku języka polskiego, pod hasłem 'kościołowy' czytamy:

pot. żart. używany przy odświętnych okazjach.

Jako że akurat dziś niedziela i statystyczny Polak, jeszcze przed rosołem, schabowym i Familiadą był w kościele na sumie, to dziś idealna okazja do wyjaśnienia czym w pojęciu blahary są samochody kościołowe.

Są to samochody, o których słyszy się na podobnej zasadzie jak miejskie legendy. Znajomy znajomego, opowiadał, że teść babci żony szwagra kuzynki sąsiada to miał samochód, którym tylko do kościoła jeździł...

Po za tym, że rzecz jasna auto kościołowe jest podstawowym środkiem transportu na mszę niedzielną, jest zawsze trzymane w garażu, niemal fabrycznie nowe oraz przebieg nie przekraczający 50 tysięcy km.

Ja słyszałam też kilka takich historii. Np o trabancie, który "z tyłu to jeszcze oryginalną folię na siedzeniach miał", albo o tym, że "właściciel to go w garażu na dywanie parkował!".

Np moja osobista pani dr stomatolog opowiadała o tym, że jej ciotka, majętna kobieta, w latach osiemdziesiątych zrobiła prawo jazdy i zakupiła sobie nowego Mercedesa. Jednak wsiadła do niego raz czy dwa i stwierdziła, że bycie kierowcą to nie na jej nerwy. Po czym zamknęła okaz w garażu i trzymała tam, aż do momentu, kiedy młodsza siostra mojej dentystki nie zrobiła prawka, w związku z czym owa ciotka ofiarowała owego Mercedesa w prezencie świeżo upieczonemu kierowcy.

Czasem również na Autokrata.pl (nie żeby to była jakaś krypciocha tego serwisu, po prostu czasem czytam) z zaczerwienionymi policzkami śledzę artykuły o tym, że ktoś gdzieś w jakiejś szopie znalazł samochód pod sianem. Intrygujące są w tym momencie historie aut, które zostały kupione i schowane w świetnym stanie a potem pozostawione na lata w ukryciu i nie używane.

Po za tym na Autokracie to jak lubię wszystkie artykuły o starych samochodach, nie tylko kościołowych. Np kiedyś czytając artykuł o Citroenie DS, prawie się wzruszyłam, tak był ładnie napisany :)

Samochody spod kołderki*.


Terminu 'spod kołderki' najczęściej używamy z moim bratem w kontekście stanu lakieru samochodów.
A jego geneza ma związek z ogłoszeniem na otomoto.pl, które znaleźliśmy kiedyś przeglądając oferty aut bez powodu, z czystej ciekawości.
Pamiętam też że było to w przeddzień premiery "Skyfall" i chyba mieliśmy sprawdzić coś odnoście Aston Martin'a, ale jakimś trafem zaczęliśmy oglądać Starletki.
Moja osobista, którą już opisywałam, poszła za mniej niż 1000zł.
A ta którą jakiś ktoś wystał, została wyceniona na 4000zł.

Wg ogłoszenia, model różniący się chyba tylko tym , że zamiast 3 była 5-drzwiowa. Miał 40 tysięcy przebiegu i został sprowadzony z Niemiec. Nie mogę powiedzieć, na zdjęciach autko wyglądało naprawdę jakby wyjechało z salonu. I tu nie chodzi o lakier, który błyszczał, (a mógł być równie dobrze świeżo po malowaniu), ale wnętrze, którego każdy detal znałam na pamięć z mojego modelu, ( a przypomnę auto w tym roku wg papierów powinno być już 19-letnie) sprawiało wrażenie nieużywanego nigdy.
No i na koniec to, co moją i brata uwagę przybiło najbardziej: wg ogłoszenia, osoba która oferowała Starlet na sprzedaż, u owego Niemca, "znalazła ją w garażu pod kołdrami i kocami".
Cóż każdemu autku życzę takich warunków przechowywania...
Oczywiście nie mamy z bratem pewności czy to ogłoszenie było autentycznie jak również stan licznika i lakieru, jednak element z kołderką zapadł nam w pamięć na zawsze.

Kończąc ten jakże pełen potwierdzonych i rzetelnych informacji post, muszę stwierdzić, że na pewno "Niemiec płakał jak sprzedawał" ;)

niedziela, 28 września 2014

zagadka na czterech kółkach.

Ten post może wydać się niektórym nieco schizofreniczny, ale w ten sposób najbardziej i najsilniej przejawia się moje blaharowanie.
Zacznę od początku, chociaż ta historia ma dwa początki, a tylko zakończenie jest wspólne. Dla normalnych ludzi może to nie mieć znaczenia, ale ja jestem z tematem związana emocjonalnie.

Od kilku miesięcy moje tętno przyspiesza widok aut, które nie są Skodą Fabią, VW Passatem ani Oplem Vectrą (nie umniejszam tym samochodom ani nie chcę tu obrazić ich właścicieli), czyli tym czego na polskich drogach najwięcej, tylko których linia nadwozia wykazuje się swego rodzaju egzotyką. I pojęcie tej egzotyki najlepiej odnosi się do amerykańskich aut które zostały wyprodukowane między rokiem 1959 a 1989. I mają co nieco pod maską. Najczęściej napotykaną przeze mnie nazwą, kiedy gdzieś o nich czytam to muscle cars właśnie ze względu na potężne silniki. Ale i same ich rozmiary są często ... hmmm przerażające.

Zdecydowanie, winą za zainteresowanie muscle cars mogę obarczyć serial Supernatural, dla fanów którego, Chevrolet Impala jest wręcz jednym z bohaterów. W każdym razie Impala spodobała mi się na tyle, że zaczęłam szukać informacji o niej, a stąd już tylko krok do odkrycia całkiem egzotycznego dla mnie działu motoryzacji.

Oczywiście nie wszystkie auta wyprodukowane między '59 a '89 można zaliczyć do tej grupy. To było uogólnienie i nie chcę żeby ktoś mnie źle zrozumiał. Muscle cars to głównie lata '60-'78. Ale musiałam mocno zaokrąglić, żeby nie pominąć żadnego, auta, które wywoła u mnie skręt szyi o 180' lub (o ile mam farta i jest zaparkowany) że przystanę i będę mogła pouprawiać perfidne gapiostwo.

Nie daleko od mojego domu stoi zaparkowany samochód, który no cóż... podejrzewam że nie jest na chodzie. Ma jednak białe blachy więc w najlepszym przypadku musiał być sprowadzony nie później niż 10 lat temu. Ale stoi i ewidentnie nikt nim nie jeździ. Ani w dzień ani w nocy.
Skąd wiem? Bo zdarza mi się biegać około godziny 23. (Ci którzy mnie znają mogą nie uwierzyć, ale wierzcie mi że dla mnie samej stwierdzenie: ja+bieganie" brzmi jak oksymoron.) Nawet moją trasę biegową zmieniłam ze względu na ten że samochód. By móc sobie na niego popatrzeć w nagrodę za wysiłek.
I tak jak ostatnio zawsze biegałam nocą (mój aparat w telefonie nie ma flesza, a i tak błyskanie lampą po cudzym samochodzie mogłoby być źle odebrane...) tak coś podkusiło mnie w niedzielę rano by wybrać się na przebieżkę.
I było na tyle jasno (i wcześnie, że żadnej żywej duszy w pobliżu) że dokołanam historycznego sfocenia.

Od dłuższego czasu ów samochód za żelazną bramą nie dawał mi spokoju i chciałam poznać jego tożsamość, czyli markę, model i przybliżony rok produkcji. Ale jak wspominałam jego egzotyczny jakby nie patrzeć wygląd nie ułatwiał mi zadania.
Zresztą, oceńcie sami.
Serio, postawiłabym piwo osobie, która w tym momencie, patrząc na to zdjęcie, podałaby choćby jaka to marka.

Ten samochód wywołuje we mnie jakieś dziwne emocje- po pierwsze kojarzy mi się z serialem, który oglądałam w dzieciństwie, ale za cholerę nie pamiętam co to był za serial. Wiem, że był o dwóch policjantach, którzy radiowozem o podobnym wyglądzie, jeździli walcząc ze złem i bandytami. Po drugie... Domyślałam się, że samochód jest przynajmniej dekadę starszy ode mnie. Te jego reflektory sprawiają wrażenie zmęczenia życiem. Kto wie ile kilometrów czy raczej mil, ma na swoim koncie? Bo z daleka też mi nie wygląda na egzemplarz kościołowy* lub kołdrzany**. Po za tym gdyby obecny właściciel kochał go wystarczająco mocno, zorganizowałby mu jakiś garaż. Albo przykrył go stosowną plandeką. Ale poczekamy do zimy. Wtedy się okaże, czy to było tylko rozwiązanie na ciepłe miesiące, czy też autko będzie skazane na podłe warunki pogodowe.
Po trzecie, po prostu mi się podoba, pomimo że jest kańciasty, a jak mówiłam chyba wolę trochę zakrzywień i krągłości.

Któregoś raz, przejeżdżając obok niego z moim tatą, wspomniałam mu o tym samochodzie i podzieliłam się moimi wątpliwościami.
Mój ojciec po dłuższej chwili milczenia, bardzo poważnym tonem stwierdził: "To na pewno samochód dyrektora." Zapytałam skąd wie i czy go zna. "Nie no, to musi być dyrektor. Zwykłemu pracownikowi nie pozwoliłby trzymać samochodu na terenie firmy". Dedukcja godna samego SH normalnie :D

Bez zdjęcia i polegając jedynie na mojej pamięci, wydawało mi się, że znalazłam odpowiedź na męczące pytanie: OCH CZYM JESTEŚ SAMOCHODZIE?!
Ofiarą padł krewny Impali czyli auto też od Chevrleta, o wdzięcznej nazwie przywodzącej na myśl jeden z moich ulubionych alkoholi... Malibu.




Nie bez powodu też to auto kojarzyło mi się z tym serialem o glinach, ponieważ policja w niektórych Stanach używałam własnie Malibu;)



I byłam z siebie dumna opowiadając znajomym, że udało mi się odnaleźć ID tego przeuroczego auta.
Ale, jak mówiłam, nie mogłam mieć 100% pewności, póki uzyskałam zdjęcia.
I mój niepokój wzbudziły zewnętrzne kierunki w Malibu, których próżno szukać u naszego Johna Doe. Do tego zupełnie inny grill, maska jakby inaczej wyprofilowana i jeszcze sterczący znaczek, którego w Chevy Malibu zwyczajnie nie ma.
Co więc Nika zrobiła?
(Panie Boże, pobłogosław twórców Wiki, za to, że tak ładnie potrafią katalogować marki samochodów.)
Zaczęłam sprawdzam po kolei wszystkie amerykańskie marki pod kątem modeli z lat '70-'80.

Teraz druga część.
Czasem prócz układania kwiatów, tworzenia biżuterii, pieczenia, szydełkowania ( przy okazji serdecznie zapraszam na mojego drugiego bloga ) biegania nocą i prób nieudolnego pisania o samochodach, również nieudolnie pisuję prozę do tak zwanej szuflady. I kiedyś jedno z opowiadań poświęciłam modelowi Muscle Car z roku '67. Bo tak, bo mi się spodobał. I już. I wydawał mi się samochodem tak rzadkim i niespotykanym, że z pewnością na żaden nigdy nie natrafię.

No i tym samochodem był.... Buick Skylark.
Co ciekawe, zdecydowana większość modeli ( z wyjątkiem dwóch ostatnich) jakie firma wypuściła na drogi, ma w sobie właśnie to coś co może powodować skręt szyi lub pisk mojej wewnętrznej blahary.
Serio, podjarałam się faktem że to właśnie Buick.

Zresztą tego samego dnia którego zrobiłam zdjęcie, odwiedziłam Otrębusy (o tym to cały osobny post będzie...) a tam można podziwiać odmalowanego na różowo- bo często wozi nowożeńców- Bucika z '53 którym o ile dobrze pamiętam, woził się sam premier Cyrankiewicz. To znaczy, nie że pamiętam Cyrankiewicza, tylko pamiętam, że gdzieś o tym czytałam.
Ten Buick wygląda na jeszcze bardziej zmęczonego życiem niż ten z mojej okolicy. Po pierwsze ten majtkowy różowy. Ja rozumiem że szalone lata '50, wow wow, rock'n'roll i tak dalej, ale samochód był pierwotnie czarny. Zresztą skoro woził kiedyś jakiegoś prezesa rady ministrów, to nie mógł być różowy na litość boską... Po drugie pożółkłe reflektory z zaciekami. Smutek.
Po trzecie i co najbardziej badziewnie wygląda w tym aucie, to elementy które winny być chromowane, a wyglądają jakby ktoś je odmalował matowym sprejem na srebrno, co daje efekt jakby były z plastiku. Nie znam się na konserwacji samochodów, zwłaszcza na restauracji tak starych, ale to po prostu nie wygląda dobrze. Do tego jeszcze "przesympatycznie" wyglądająca pani woźna która szmatą ocierała co niektóre eksponaty, jako mistrzyni drugiego planu.
Ostatecznie nasuwa mi się myśl ostateczna...

Dobra. Koniec tych niesmacznych żartów. Buick Skylar '53 to sama klasa, czysty szyk i 100% elegancji. Według jednego ze źródeł na które natrafiłam, tego modelu wypuszczono zaledwie 1690 sztuk, a rok później (1954) 836. Ten Roadmaster do 60 mil na godzinę (czyli do setki) dobijał w 12 sekund.



Czyli reasumując, kilka ulic ode mnie stoi jego prapraprapraprawnukczek (Nie Cyrankiewicza, tylko Buicka z '53).

Ale skoro już o Skylarkach mowa, to może zrobię szybki przegląd wszystkich modeli :)

Po 1954 roku nastała przerwa w produkcji i nowa odsłona Skylarka została zaprezentowana w 1961 roku. Według źródła było to sport coupe. Ja bym powiedziała, że sedan, ale ja się przecież nie znam.
Nie mniej auto robi wrażenie i jest nie tylko śliczne ale też pięknie oddaje stylistykę i modę panującą wtedy.



W tym modeli to nawet róż mi nie przeszkadza. Chromowane elementy w tego typu autach zawsze, ale to ZAWSZE powinny zostać chromowane. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że łącznie - Buicka Skylarka pierwszej generacji było 2526 sztuk, jestem w stanie zrozumieć, że ciężko dostać nowy zderzak i to w dobrym stanie. Słyszałam na przykład, że części do Forda Mustanga z lat '70 są tańsze niż do nowego BMW, bo na rynku jest ich zwyczajnie bardzo dużo.

Lecąc dalej, mamy Skylark'a z roku 1963. Linia nadwozia wyraźnie się uspokoiła.




Tak wyglądającego Buick'a produkowano dwa lata. Tylko w '64 wyprodukowano ok 55 i pół tysiąca sztuk, więc podejrzewam że jakby ktoś chciał do tego modelu kupić części, mogłoby być już łatwiej ;)
W modelu o rok starszym coś tam pokombinowali z maską z przodu. Jest to w każdym razie stylistyczne ogniwo łączące wcześniejszy i następny model.
Buick Sykark 1965
1966

1967

1968

1969

1970

1971

1972
Z roku na rok coś się w nich zmieniało. Np w modelach '67 i '68 tylne koło chowało się pod karoserią, a już w kolejnych latach znów było na wierzchu.

Według żródeł do których udało mi się dotrzeć, na pewno wszystkie modele do '72 miały pod maską silnik V8. Co do koni, to jeszcze nie rozszyfrowałam przelicznika podawanego na stronach po angielsku, ale myślę, że będę musiała się w to wgryźć głębiej. Roadmaster z lat '53-'54 miał silnik V6.
Ostatni model przed tym z mojej okolicy wyglądał tak :
1979

Teraz zakończenie historii. Szukając na wiki i przeczesując każdy model po kolei, jak doszłam do Skylarka, to pomyślałam : "eeee, na pewno to nie będzie Skylark, ale takie są piękne, że pooglądam sobie ich zdjęcia." Uczucie, kiedy zidentyfikowałam ten model z około '85 roku - bezcenne.



I jeszcze jedno zdjęcie zrobione przeze mnie. Mam nadzieję, że nikt nie ma wątpliwości, że to Buick Skylark :)

Po tym modelu były jeszcze dwa, ale jak mówiłam, nie jarają mnie już tak bardzo. Za współczesne są jak dla mnie :P

'89-'91

'92-'98

No, ostrzegałam że będzie co najmniej dziwnie,

*Szerzej rozwinę zagadnienie w pości pt. "Samochody kościołowe"
**Szerzej rozwinę zagadnienie w pości pt. "Samochody kościołowe" w podrozdziale "Spod kołderki".

źródła: Wiki oraz http://www.musclecarclub.com/musclecars/buick-skylark/buick-skylark-history.shtml

wtorek, 23 września 2014

markowe marki.

Wspominałam ostatnio, że okoliczności zmusiły mnie do zmiany samochodu.
Oszczędzałam, zbierałam grosz do grosza i z jakąś tam pulą pieniędzy, zaczęłam przeglądać oferty na Allegro.

Każdym kto w tamtym czasie pytał "co u mnie słychać", dowiadywał się, że poszukuję nowszego samochodu. To co działo się potem czasem przypominało agitację polityczną lub nachalne próby nawrócenia mnie na inną religię.
A wszystko przez to, że każdy jest "wyznawcą" jakiejś marki i w najlepszym przypadku, za inną nie przepada.
Zadowolenie wszystkich dookoła okazało się nie lada wyzwaniem.
Ktoś może zapytać, czemu mam innych zadowalać, skoro jestem dorosła i to ja będę jeździła tym autem.
No cóż. Ja nigdy nie ukrywałam, że na samochodach się nie znam. Owszem potrafię rozpoznawać model i markę, czasem rocznik, ale o tym czy dany samochód cieszy się dobrą opinią i niezawodnością nie miałam pojęcia. Stąd byłam podatna na sugestie.

Jako kulturoznawca z wykształcenia, staram się zawsze być wyrozumiała, tolerancyjna i podchodzić do wszystkiego najbardziej obiektywnie jak się da.
I jestem w stanie zrozumieć wyznawców konkretnych marek, ale słuchanie w kółko mądrości i jedynie słusznych opinii było nie do zniesienia. Żeby chociaż były jednakowe, ale każdy doradzał mi coś innego!

Mój ojciec, który po za maluchami a jeszcze wcześniej jednośladem " Jawa" (którego podobno sprzedał jak się urodziłam) głównie jeździł Citroenami. Najpierw BXem a teraz Xarą. Ile ja się nasłuchałam od niego, żebym koniecznie Xarę kupiła to już tylko ja wiem.
A jak nie Xarę to koniecznie coś z rodziny Citroena.



Rozmawiając z sąsiadem X, właścicielem Jeepa i jednocześnie miłośnikiem tejże marki, usłyszałam zdanie: "samochodów na f się nie kupuje! czyli Fordów i franzuców!"
On sam doradzał mi też terenówkę, która pali "tylko" 16 l. Nie, nie gazu... benzyny.
No mnie akurat nie stać na takiego żłopacza. Może i miałabym chęć kiedyś pojeździć po wertepach autem z napędem 4x4, ale myślę że na to mam czas. A na codzie terenówka nie jest mi niezbędna przecież.
Tylko że sąsiad wiedział lepiej.

Kolega z pracy nr1, kolega z pracy nr2 oraz dwóch kolegów z pracy nr 3 i 4... każdy z nich jeździ Audi. I naturalnie inne marki dla nich nie istnieją.
Mój brat również zamienił Starletkę na Audi.
No Audi to Audi! Niemieckie to solidne! Z pewnością tak jest i A3 mojego brata to szatan nie samochód, którym lubię czasem sobie pojeździć, ale dla mnie jeszcze nie czas na tą markę. Za te cztery kółeczka na grillu słono się płaci.



No to jak nie Audi, to może nieco tańszy i ubóstwiany przez polaków "samochód ludowy" czyli Volks Wagen?
Tu z kolei napotkałam się z opinią mojej szefowej, która najpierw miała Golfa a teraz Passata. Na wzmiankę, że sama rozważam Golfa, dosłownie poczułam że mam od niej błogosławieństwo. Bo ona jeździ tylko VW i niczym innym.

Z kolei szaf mojej mamy jednocześnie bliski znajomy rodziny, dowiadując się o mych egzystencjonalnych rozterkach motoryzacyjnych grzmiał : Toyota, Toyota i jeszcze raz Toyota.

Wśród marek, które doradzali mi wszyscy po drodze, głosząc że: TAK! TO TEN SAMOCHÓD I ŻADEN INNY! WEŹ TEN!, były Mazda, Peugot, Huynday i Nissan chyba też się zdarzył.

Zdarzyły się też marki i modele "tabu". Za hasła "Ford w dieslu" oraz "Opel w dieslu" bałam się czasem dostać po gębie. Więcej hejtu niż Kaczyński na Tuska.
Owszem, słyszałam opinie jakoby po iluś tam tysiącach km, silniki diesla w dwóch wyżej wymienionych markach odmawiały współpracy bezpowrotnie, ale znam ludzi którzy w samochody tych dwóch marek zaopatrują całe rodziny. (Mondeo-Fokus- Fiesta oraz Astra i Corsa).
Inna sprawa, że ja sama zawsze miałam jakiś problem z Oplem Astra. I dziwnym zbiegiem okoliczności, nie poznałam człowieka, który raz mając Astrę potem byłby jej wierny i wymienił na nowszą...

Poznałam też kilka stereotypów, które gdyby nie fakt iż chodzi o samochody można byłoby wziąć za przejaw rasizmu. Angliki się psują, Niemcy solidne ale toporne, Japończyki ze słabą blachą, Francuzy za miękkie, itp, itd, etc.

Ekspertem okazała się być również moja babcia 70letnia, która nigdy w życiu sama nie siedziała za kółkiem. "Tylko nie kupuj srebrnego bo srebrne to bardziej kradną."- rzekła babcia do wnusi.

Ile osób, tyle opinii a ja sama jedna i wciąż bez auta :(

Ostatecznie wyszło tak ( też za czyjąś namową, ale tej decyzji nie żałuję i z obecnym samochodem czuję się w symbiozie, a moja miłość do niego rośnie z dnia na dzień:) że pozostałam wierna marce i po Toyocie Starlet przyszła pora na Toyotę Avensis.
Gabarytowo to skok na głęboką wodą, bo jak pisałam, kochałam w starletce fakt, że dało się nią zaparkować niemal wszędzie.
Bałam się chwilę, że np z parkowaniem będę mieć problemy, ale skoro z Peugotem Boxerem daję radę na parkingu i w trasie, to z Avensis kombi sobie nie poradzę?
Ale o przygodzie z Boxerem innym razem ;)

sobota, 20 września 2014

pierwszej fury nie zapomina się nigdy.

Tak jak pierwszej miłości, tak i pierwszego samochodu nie zapomina się nigdy.
Nieliczni mają takiego farta, że ich pierwsza miłość motoryzacyjna jest jednocześnie ich pierwszą furą. 

Ja o sobie tego powiedzieć nie mogę, bo pierwszym samochodem, który świadomie zaczął mi się podobać i widząc go na ulicy, dostawałam wspomnianego skrętu szyi, był Huynday Coupe FX, dokładnie model produkowany w latach 1997-2003. 
Do tego coupe mam sentyment po dziś dzień. 

Jednak dziś opowiem wam story o sentymencie do innego auta, którego, jak w tytule- nie zapomnę nigdy, chyba że niczym Jason'a Bourne'a, dopadnie mnie amnezja. 

Starlet, bo o niej będzie mowa,  to jeden z modeli Toyoty, produkowany od '73 roku. 

"Gwiazdeczka" od zawsze miała opinię samochodu niezawodnego. Podejrzewam, że głównie za sprawą prostej konstrukcji, w której zwyczajnie nie miało się co psuć.

Muszę przyznać, że do napisania tego postu podchodziłam już kilka razy i w miarę wyszukiwania informacji o Starletce natrafiałam na coraz to nowe zdjęcia i ciekawostki. A to skutkowało pisaniem całego tekstu od nowa.

Cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie czym pomykacie.

Miłośnicy i znawcy tematu może i mnie wyśmieją, ale jako pierwsza z pomocnymi informacjami przyszła mi ciocia Wikipedia. No cóż. Przynajmniej spis kolejnych serii Starletek jest czytelny i usystematyzowany. Liczyłam  na więcej zdjęć starszych modeli, ale polska strona Wiki zarzuciła raptem czterema zdjęciami na krzyż.
Być może w tym, że jestem określana blacharą jest więcej sensu niż mnie samej się wydaje ( o czym przekonuję się z dnia na dzień...) ale stylistyka nadwozia samochodów z lat '70 zapiera mi dech w piersiach. Nie zdawałam sobie sprawy z faktu, że "Gwiazdeczki" były produkowane od 1973 roku.
I były tak piękne.


Zanim Toyota wypuściła pierwszą Starlet, jej poprzednikiem była Publica. O czym też nie miałam pojęcia, bo i skąd. Ten model (KP 37 V) przez mądre źródło z internetu został określony Vanem. Współczesne Vany przywodzą raczej na myśl furgonetki, a gdyby mnie ktoś zapytał o zdanie, stwierdziłabym, że to jest combi. Ale jak widać na przestrzeni 40 lat w pojmowaniu typu nadwozia wiele się zmieniło.

A teraz pierwsza Gwiazdeczka!

 Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, kiedy odnalazłam to zdjęcie, to to kształt bocznych szyb (nie wiem jak to inaczej określić. Jak mówiłam dopiero się uczę). Zarówno z tyłu jak i z przodu, karoseria jakby jedzie sobie do góry. W ostatnim modelu Starlet można by się dopatrzeć nawiązania,bo tam przy przedniej szybie mamy spadek. Ale by to dostrzec, musicie zeskrolować sobie stronę na sam koniec posta. W każdym razie kolejne modele takich zakrzywień nie miały. Nie wiem jak Wam, ale mi się ten element bardzo podoba.

Ze skąpych informacji na temat tego modelu można wywnioskować, że te Starletki miały napęd na tylną oś. Ale na ile pewne to info to nie wiem... Niestety urodziłam się chyba w złych czasach i możliwe że się już nie dowiem.

No i jeszcze te lusterka na masce! Przyznam że widziałam takie cudo tylko raz i to w bliżej nieokreślonym (dla mnie) roczniku Hondy Civic. Mam nadzieję, że i tę zagadkę rozwiążę.
Osobiście bałabym się tak daleko ustawionych lusterek. Ze współczesnymi , tuż przy szybie jest mi dobrze, a fakt, że chyba wszystkie samochody mają teraz właśnie takie lusterka, świadczy o tym, że tamto rozwiązanie nie było idealne...

Znaczek na grillu... coś mi się wydaje, że właściciel tak bardzo chciał odpicować i tak piękne auto (w odbiciu tego lakieru spokojnie można by sobie zrobić makijaż) i doczepił współczesny znaczek. Nie jestem pewna od kiedy Toyota ma dokładnie takie logo, ale na innych zdjęciach tego modelu na środku jest napis. Nie mniej, jaram się. Ta Starlet jest piękna i żałuję, że ten samochód nie był popularny w Polsce. Generalnie jak sięgam pamięcią do dzieciństwa to wszędzie były tylko Fiaty. Maluchy, Uno, Cinquecento. Innym marek zwyczajnie nie pamiętam.  

A to zdjęcie to już w ogóle, gdzieś przywodzi na myśl maleńką wersję Mustanga.
I taka własnie była Starlet- 39 lat temu.

Potem serię 40, zastąpiła seria 60.
Też przyjemna i wzbudzająca we mnie ciepłe uczucia, zwłaszcza przez przednie reflektory. Okrągłe i kwadratowe zarazem.
Boczna linia, jak wspominałam została wyprostowana na kolejne serie aż do 1996 roku.

Brak tu również sportowego pazura, ale i tak jest nieźle.

Osobiście nie gustuję w stylistyce lat  '80. No i tutaj  nie było lepiej. Kańciasto, surowo. Strach się przytulić, żeby się nie podrapać. 
I tak, mamy tu Serię 70, kolejno roczniki 1982 i 1983 wypuszczonej na rynek amerykański.


Moje oczy (a nigdy nie upierałam się, że są nieomylne) dostrzegają głównie to, że w wersji US majstrowali coś przy przednim grillu, światłach i zderzaku. 
Kształtem teraz bardziej do Golfa lub starych Polo podobne ;/ No ale taka była moda. 
W kolejnych latach wypuścili model z silnikiem Diesla o pojemności 1.5.  

A tu już zabytek, jak widać mocno nadgryziony przez upływający czas.




Seria 80/90 wydaje mi się już znaczenie współcześniejsza. A przynajmniej dostrzegam w niej zapowiedź modelu jakim sama jeździłam. Nadal kańciasto, ale światła przednie to już zdecydowanie inna stylistyka. Jest to najstarszy model Starlet jaki udało mi się spotkać na Polskich ulicach. Ten model był produkowany od 1989 roku, a biorąc pod uwagę sytuacje ekonomiczno-polityczną w Polsce, mogę się domyślać, że wcześniejsze modele nie miały tu jak dotrzeć. 



No i nadszedł czas na prezentację modelu, którym jeździłam ja.

Czerwone maleństwo, nazywane również Turbobiedronką, Czerwonym Hasaczem lub po prostu Starletką, miało wg dowodu silnik 1.0 a wg specjalistów takich jak m.in mój mechanik, 1.3.  (podejrzewam, że pojemność została obniżona celem zapłacenia niższego podatku przez pierwszego właściciela w Polsce).
Jednak na osiągi ni jak się to nie przekładało, bo przy czterobiegowej skrzyni biegów, naprawdę musiałam ją rozbujać żeby cokolwiek wyprzedzić. Jedyne co zawsze mi wychodziło, to ku irytacji moich sąsiadów- okazjonalne ruszanie z piskiem opon. Ale tylko okazjonalne.

Koni mechanicznych w fabryce dali też tylko 50 o ile dobrze pamiętam. 
Najczęściej jednak Starlet występowały w wersjach z 75 konnym silnikiem i w pojemnościach 1.3 i 1.5. 

Moja wersja była najuboższa. Bez wspomagania (wykręcając można sobie było biceps zrobić:P) Jednak do jazdy po mieście, na zakupy czy do parkowania, tam gdzie mało miejsca- była samochodzikiem idealnym. Szczególnie kochałam wąskie słupki z tyłu, nie ograniczające widoczności. 
fot. Patryk Huńkowski 


 Razem z moim bratem i jednocześnie prawowitym jej właścicielem, własnymi siłami staraliśmy się odświeżyć lakier i tak gdzie wystąpiła korozja, robiliśmy zaprawki. Sama gładziłam szpachlę papierem ściernym :D Ale o tym szerzej w kolejnych postach.

Ponieważ oryginalny napis uległ zniszczeniu, zafundowaliśmy Starletce nowy ;)
Czcionka inspirowana Ikarusem.

Niestety nic nie trwa wiecznie i tak jak potrzeby się zmieniają, tak i wypada zmienić samochód. Muszę przyznać, że odkąd przesiadłam się w większy samochód, czuję się zwyczajnie bezpieczniej na drodze. Nie raz czułam podmuch przejeżdżającego obok mnie nawet niewiele większego auta, o ciężarówkach czy TIRach nie wspominając. 
Nie mniej jestem dozgonnie wdzięczna temu autku, że na nim mogłam nauczyć się jeździć, bo nie ukrywajmy- najpierw zdaje się na prawko, a dopiero potem człowiek uczy się jeździć ;)
Na pierwsze auto w życiu, polecam każdemu. Uczy pokory na drodze.

fot. Piotr Miernik

A tu już zdjęcie od jej nowego właściciela- przed przerejestrowaniem i w oczekiwaniu na nowe blachy;)
Jak każda kobieta kocham dodatki i uważam, że te amerykańskie blachy dodają jej jakiegoś uroku.

No i nadszedł czas na najmłodszą Gwiazdeczkę. Produkowana do 1999 roku została później zastąpiona Yarisem, których (wszystkich dotychczasowych modeli) na polskich drogach mamy całe mrowie.



Styliści zdecydowanie postawili na krągłości. Jest to Model który chyba najbardziej odstaje od pozostałych, a jednocześnie jest tak niepozorny i dyskretny (żeby nie powiedzieć, że nijaki), że ciężko go zauważyć na ulicy. W porównaniu z pierwszą Yaris i kolejnymi, które są zdecydowanie bardziej kosmiczne, ten model Starlet jest chyba też najbardziej zachowawczy.
 Gdyby nie fakt, że potrzebowałam combi i teraz w garażu stoi Avensis z tej właśnie generacji, pewnie zdecydowałabym się ostatni model Starlet.


Celowo pominęłam temat wszelkich tuningów i wersji sportowych, ponieważ nie tylko nie znam się na nich to jeszcze wszelkie spojlery tak zaburzają wygląd auta, że czasem nie jestem w stanie rozpoznać modelu.

Jeśli ktoś wytrzymał lekturę do tego momentu gratuluję i dziękuję jednocześnie. Za wszelkie sugestie i porady dotyczące tematyki motoryzacyjnej będę bardzo wdzięczna :)