piątek, 9 czerwca 2017

Spotkania po latach

Doba jest za krótka, a życie zbyt absorbujące na bycie Blaharą w sieci. 
Oczywiście w życiu prywatnym moja pasja ma się dobrze i coraz lepiej radzę sobie z rozpoznawaniem egzotycznych aut. 

Między innymi dzięki, jak to nazywam, literaturze fachowej (rodzinę nauczyłam, że jednym z najlepszych prezentów na urodziny i gwiazdkę są albumy samochodowe), oczywiście IMCDb i strona/serwis/ portal barnfinds.com, na którym codziennie pojawia się porcja klasyków dosłownie i w przenośni znalezionych po stodołach i garażach, a z których każdy jest opisany dokładnie i opatrzony masą zdjęć. I kilku samochodów nauczyłam się już na prawdę na pamięć dzięki temu że codziennie dostaję newsletter z ogłoszeniami stamtąd. Ot, taka mała codzienna porcja radości. 

Ale dziś o czymś innym. 
Jak już wspominałam, zajmuję się kwiatami. Jak kwiaty to wesela i śluby a jak śluby to i samochody, którymi nowożeńcy się wożą. 
Naprawdę lubię robić dekory aut. Zwykle nie mam informacji jakie auto będzie ubrane w to co właśnie układam. Ale tym razem ze szczątkowych informacji udało mi się wydedukować, że chyba robię właśnie stroiki dla mojego starego znajomego (i nie mam tu na myśli pana młodego:P). 
Dostałam od szefowej informacje że deko ma być na stary samochód. Różowy. I że to idzie do "tego kompletu do Dworku w Otrębusach". 
Zaraz, zaraz. Otrębusy? Różowe auto retro? Czyżby... Buick Skylark? 
Mój stary znajomy, nad którym pastwiłam się w jednym z wpisów. To ten od premiera Cyrankiewicza. 

Zerknęłam w zamówienie i w podpunkcie o dekoracji auta były trzy słowa: retro, różowe, "brick". Pytam szefowej, czy tam nie powinno być Buick. A ona, że chyba tak. 
Koleżanki, które jechały na montaż poprosiłam, żeby mi sfociły samochód jak będzie miał dekorację na sobie. 

Jak dostałam mms od koleżanki ze zdjęciami, to zaczęłam się cieszyć, skakać i piszczeć, wywołując tym samym konsternację moich współpracowników. No cóż, nikt mnie nie rozumie i to się akurat nie zmieniło przez ostatnie lata :D 


Normalnie, robiąc dekor na auto staram się pamiętać żeby stroiki nie były za duże, bo to większy opór powietrza w trakcie jazdy i przyssawka może się słabiej trzymać. Jednak jak doszłam do tego, że te stroiki są na Skylarka, do te na nadkola ułożyłam tak by były maksymalnie napompowane. Miały około 20-25 cm szerokości, a na zdjęciu wyglądają bardzo skromnie. Coż, to pokazuje tylko jak wielki gabarytowo wozem jest Buick Skylark. Obchodząc go dookoła można się zmęczyć. 

Gdyby ktoś miał wątpliwości, te same matowe "chromy", majtowo-różowy lakier i smutne ślepia. 

Chciałam zwrócić uwagę na tylną część, mianowicie zderzak i jego fragment z rejestracją. Jakoś tutaj się błyszczy i lśni. Wnioskuję więc, że to jakaś osobna część zderzaka, skoro udało się zachować jej oryginalny wygląd. 

wtorek, 17 lutego 2015

Blaharą się nie bywa, blaharą się jest.

Oczywiście nie mam czasu na to, żeby usiąść nad blogiem i w ramach samodoskonalenia się opisać historię jakiegoś auta wywołującego u mnie skręt szyi. 

Ale brak czasu na pisanie, nie oznacza że przestaję być blaharą. 
Otóż moje blaharowanie czasem bardzo przeszkadza mi w życiu. 

Przykład pierwszy

W ramach mojej florystycznej pracy i kariery, przeglądam z szefową jej galerię różnych realizacji i kwiatowych dekorów ślubnych, w tym dekoracji aut. 
Na jednym ze zdjęć śmiga mi jakieś auto, którego moje wprawne oko nie jest w stanie rozpoznać, a że szefowa szybko przelkikuje cała galerię proszę, aby wróciła o kilka zdjęć do tyłu, bo nie mogę się skupić na aktualnych fotografiach.  Ona pyta dlaczego. A ja odpowiadam, że muszę zobaczyć co to za auto tam było, bo jeszcze takiego nie widziałam. 

Okazało się, że był to Jaguar XJ 40 z lat '80tych. Jeszcze nie widziałam Jaguara z prostokątnymi reflektorami. Bo ja widuję wyłącznie te z okrągłymi. Dlatego musiał przykuć moją uwagę :)



A od szefowej usłyszałam: "no, ty naprawdę jesteś blaharą."

Przykład drugi

Walentynki, romantyczny wieczór, siedzimy we dwoje na kanapie i oglądamy film. Jest scena w której jakaś laska podjeżdża starym autem i naprawdę tylko i wyłącznie siłą woli powstrzymuję się by nie zatrzymać filmu i nie zacząć "googlać" co to za auto. 
(teraz już wiem, że było to MG B GT z 1973 roku)

(chciałam w tym miejscu wyrazić miłość do strony www.imcdb.org oraz ich twórców, za to, ze można tutaj znaleźć niemal każdy samochód który pojawił się w filmie lub serialu.)
Gdybym oglądała ten film sama to na pewno zaczęłabym szukać. 
Ale jakoś wzięłam się w garść. 
Tylko że za moment w dalszej części sceny inna laska podjechała VW Ghia Karmann*. 



Moja wewnętrzna blahara zapiszczała z zachwytu, ale ta zewnętrzna zachowała pokerową twarz. 
Nie będę psuła odbioru filmu drugiej osobie tylko dlatego, że jestem porąbana na punkcie samochodów. 

*Dla niewtajemniczonych- ten piękny samochód, produkowany w latach 1955-1974, był owocem współpracy Karmann'a- firmy produkującej nadwozia oraz włoskiego studia projektowego Ghia. Skąd tutaj jeszcze VW? A no stąd, że pod tą uroczą maską, znajdowało się wszystko to co w VW Typ 1 szerzej znanym jako Volkswagen Beetle czyli Garbus!
Dlatego Karmann Ghia był przyzywany "Garbusem we fraku". O tym aucie nie powiedziałabym sie gdyby nie jego popularność w serwisie Pinterest.  




Przykład trzeci

Koleżanka, jedna z tych które najczęściej wypominają mi bycie blaharą, napisała do mnie ostatnio czy kojarzę samochód wyglądający jak sowa.
O.o

Jako że ta koleżanka niedawno zrobiła praco jazdy i rozgląda się na własnym autem pomyślała, że ja będę znała odpowiedź na nurtujące ją pytanie. 
Poprosiłam o więcej danych na temat "sowiego auta" (dodam, że owa koleżanka uwielbia sowy:) 
"No ma okrągłe reflektory i taki dziubek z przodu... i widziałam to kilka razy na mieście"

Przyznam, że w pierwszej chwili witki mi opadły.
Bo choć osobiście uwielbiam żart w którym mówię do facetów : "Ojej, widziałam ostatnio taki piękny czerwony samochód, nie wiesz jaka to marka?", to wydawało mi się, że jednak sowiego samochodu nie uda mi się zidentyfikować, bo mam za mało danych. 
Ale w mojej głowie nagle pootwierały się jakieś szufladki i z jednej z nich wyskoczył VW Transporter, pieszczotliwie nazywany ogórkiem. 



Ślepia się zgaszają, dziubek się zgadza. Ale to nie możliwe żeby Transportera z lat 50-67 koleżanka "widywała"  na mieście. Sama nie wiem, kiedy ostatnio widziałam "ogórka" na żywo. Zresztą mało on do sowy podobny. Raczej do... ogórka chyba.

I wtedy otworzyła mi się jeszcze jakaś inna szfladka. I piszę do koleżanki: "Wiesz, to chyba będzie to."
I wysyłam jej link do Alfa Romeo Mito. 



Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę. I że czasem bycie blaharą się przydaje :D 

Dzięki sowiej koleżance narodził się w mojej głowie pomysł na post pt. "samochody które wyglądają jak coś innego" 
Jeśli znajdę trochę czasu, to będzie niezła zabawa :)

czwartek, 6 listopada 2014

Warto wyjść z domu

Warto wyjść z domu na spacer, zapuścić się w miasto, powłóczyć się po okolicy, bo nigdy nie wiadomo, czy nie odkryje się czegoś ciekawego.
Przykład nr1
Dałam się namówić na udział w pewnej akcji, polegającej na nagrywaniu na telefon śpiewających ludzi:D (efekty pracy można podziwiać tutaj ) Było piękne październikowe popołudnie, ja bawiłam się świetnie, a ponadto natrafiłam po drodze na dwa klasyczne auta: Mustanga i Camaro. No sama radość :)

Przykład nr 2
Warto czasem z samochodu przesiąść się w autobus.
Czemu, skoro masa ludzi, nieprzyjemnie, potrafi śmierdzieć i w ogóle jedzie się wszędzie dwa razy dłużej? Ostatnio jeśli zdarza mi się jechać komunikacją miejską jest to jedna z niewielu okazji na poczytanie książki, na co zwyczajnie nie mam czas. Przez bycie w tzw. niedoczasie nawet blogi zaniedbałam.
A jeśli nie książka, to można bezkarnie gapić się przez szybę i podziwiać widoki za oknem, na co nie można zawsze sobie pozwolić będąc kierowcą.
Z tego właśnie powodu,( bo patrzę zwykle na drogę a nie na to co dookoła)  jadąc autobusem, zauważyłam, że przy tej samej ulicy przy której stoi mój ukochany Skylark, pod folią, na jakimś zapomnianym przez Boga placyku smętnie stoi Citroen CV 2 w kolorze niebieskim.

to oczywiście nie ten sam. to tylko zdjęcie poglądowe;)


Gdyby nie to, że akurat wtedy wybrałam się do centrum autobusem, nigdy nie zwróciłabym uwagi, że stoi tam taki skarb. 
Co prawda tego modelu wyprodukowano grubo ponad 3 miliony, ale to nie zmienia faktu, że choć był popularny, teraz widzi się je coraz rzadziej. 
Został zaprojektowany jeszcze przed II wojną światową i już wtedy skonstruowano kilka prototypowych modeli. Podobno wszystkie po za jednym i ukrytymi wraz z nim planami, wpadły w ręce Niemców i zniszczone. Dzięki temu jednemu ocalałemu modelowi zaraz po wojnie można było rozpocząć produkcję prostego w konstrukcji, taniego i łatwo dostępnego auta. 

Przykład nr 3

To jest raczej historia o tym, że warto wyjść z domu a nawet wyjechać gdzieś dalej. 
We wrześniu, sprawy służbowe rzuciły mnie spod Warszawy aż do Sopotu. (pamiętna podróż Iveco Daily)
I parkując, a następnie udając się do miejsca zakwaterowania, oto co napotkałam : 
Przepięknego Forda Taunusa XL, ( przybliżona data produkcji 1973 lub 1974) na niemieckich blachach. Widać, że ktoś kocha ten samochód, bo lakier, wszelkie chromy i ogólnie środek, wyglądały jakby prosto z salonu wyjechał :)








Więcej o tym modelu napiszę, jak w końcu znajdę więcej czasu.

czwartek, 9 października 2014

Co, ja nie pojadę? Ja? Czyli Blahara za kierownicą dostawczaka.

Tak się jakoś zdarzyło, że zawód, który przyszło mi wykonywać (nie bez przyjemności!) wiąże się m. in. z tym, że potrzebne są samochody, w które dużo się zmieści.
Tak, zdecydowanie, florystom najlepiej jest mieć co najmniej kombi. I ja kombi właśnie sobie kupiłam.
I w przypadku transportu kwiatów, nigdy nie można powiedzieć, że miejsca jest za dużo. Np. kompozycji kwiatowych nie da się ułożyć jedne na drugich, bo kwiaty się pogniotą. W ogóle przewóz szkła i roślin wymaga odrobiny wyobraźni przy pakowaniu...
W każdym razie, na stanie pracowni w której te kwiaty zdarza mi się wozić, jest sobie taki oto Peugeot Boxer. Szefowa od dawna straszyła mnie, że będę musiała nauczyć się nim jeździć. A ja się cieszyłam, bo to kolejny skill na moim koncie i kolejny samochód, który miałam okazję prowadzić.


Początki były oczywiście stresujące, bo przecież to takie wieeelkie bydle ( to chyba najmniejszy model Boxera ze wszystkich dostępnych) no i musiałam nauczyć się żyć jedynie z dwoma bocznymi lusterkami, bo tego pośrodku zwyczajnie nie ma, gdyż paka tego i innych podobnych dostawczaków jest zabudowana. Najbardziej denerwujące jest sprzęgło i to, że aby wrzucić wsteczny, trzeba "wrzucić" jedynkę i podnieść do góry taką obrączkę przy dźwigni zmiany biegów. W ogóle nie lubię tych przeróżnych kombinacji typu wsteczny jest tam gdzie jedynka, ale trzeba coś podnieść, docisnąć, przekręcić lub gdy w tym miejscu jest szóstka albo szóstka w miejscu wstecznego, itd...
Żeby jeszcze się chociaż producenci dogadali, ale co samochód to inaczej.
Wiem, że przede mną jeszcze ogarnięcie automatycznej skrzyni biegów, ale na razie nie zapowiada się bym miała usiąść za kierownicą jakiegokolwiek automatu.
Nie mniej, zanim wyjechałam w pierwszą trasę Boxerem, najczęściej przestawiałam go spod rampy na miejsce parkingowe pod firmą. Nie ma lepszej okazji do nauki parkowania takiego dużego samochodu niż powtarzanie tego regularnie co tydzień:)



Kiedy pierwszy raz wsiadłam do niego na miejsce kierowcy, doświadczona koleżanka powiedziała mi, żebym brała zakręty dalej, bo tu jest trochę jak w autobusie. Z opanowaniem tego manewru nie miałam większych kłopotów. W ogóle lubię Boxera. Minusem jest chyba tylko brak "szóstki", bo na trasie nie można sobie aż tak pocisnąć jakby się chciało (oczywiście już z pustą paką a nie ze szkłem i kwiatami).
Przy takim pojeździe trzeba też zacząć zwracać uwagę na znaki ostrzegające przed np. wysokością przejazdu pod mostem czy bramą. Koleżanki już urwały antenę od radia. Na szczęście to była tylko antena.;)

Co do samego Boxera, odkąd zaczęłam min jeździć, automatycznie zaczęłam też zwracać uwagę na inne "dostawczaki" i kilka razy odniosłam wrażenie, że widzę sobowtóry Boxera, ale zupełnie z innym znacznie z przodu. I nie przewidziało mi się, nie zwariowałam. Ponieważ Peugeot i Citroen (w tym nic dziwnego, bo marki są ze sobą powiązane) oraz Fiat ( tu już zdziwienie większe) produkują już drugą generację aut dostawczych wyglądających tak samo, z których każdy wypuszcza je pod swoją marką. Są to Fiat Ducato, Citroen Jumper i Peugeot Boxer. Jednym słowem- maska ta sama, ale inna marka. Co do tego co pod maską to się nie będę rozwodzić, chyba że kiedyś samej mi przyjdzie kupić sobie taką furę. Na razie nie zamierzam:P  Temat samochodów bliźniaczych pewnie też kiedyś pojawi się na blogu, a tym czasem jadę dalej.

Jeśli chodzi o dane typu pojemność i ilość koni, to jakoś nie miałam okazji się zapytać ani sprawdzić w dowodzie. Z pewnością jest to diesel i ma 5 biegową skrzynię.


Do niedawna byłam z siebie taaaaaka dumna, że ogarniam jazdę Boxerem.
Do czasu aż przyszło mi jechać do Sopotu Iveco Daily.


To Iveco podobno ma jakieś 7 m długości (nie liczyłam), pojemność 250 i 110 koni (nie sprawdzałam). Jest to również diesel. Sześciobiegowy. Jednak ta pojemność i moc nie przekładają się na faktyczne osiągi. Straszna krowa z tego Iveco. I w dniu wyjazdy gałka od drążka zmiany biegów była klejona, po przy zmianie z jedynki na dwójkę, potrafiła ona zostać w dłoni. Bardzo to było zabawne muszę powiedzieć...
Na A1 udało mi się nim wyciągnąć 130 (więcej się bałam, bo samochód był załadowany niemal po sam dach) i to kiedy stopa mi się zmęczyła bo zwykle starałam się nie jechać więcej niż 120.



Ogólnie, fakt, że samodzielnie pokonałam trasę z Sopotu do Warszawy tym gigantem uważam za osobisty sukces. Pierwszy raz jechałam w tak daleką trasę bez zmiennika. No i nikogo ani niczego nie przytarłam :D Lusterka są najlepszym przyjacielem kierowcy.



niedziela, 5 października 2014

samochody kościołowe*.

W słowniku języka polskiego, pod hasłem 'kościołowy' czytamy:

pot. żart. używany przy odświętnych okazjach.

Jako że akurat dziś niedziela i statystyczny Polak, jeszcze przed rosołem, schabowym i Familiadą był w kościele na sumie, to dziś idealna okazja do wyjaśnienia czym w pojęciu blahary są samochody kościołowe.

Są to samochody, o których słyszy się na podobnej zasadzie jak miejskie legendy. Znajomy znajomego, opowiadał, że teść babci żony szwagra kuzynki sąsiada to miał samochód, którym tylko do kościoła jeździł...

Po za tym, że rzecz jasna auto kościołowe jest podstawowym środkiem transportu na mszę niedzielną, jest zawsze trzymane w garażu, niemal fabrycznie nowe oraz przebieg nie przekraczający 50 tysięcy km.

Ja słyszałam też kilka takich historii. Np o trabancie, który "z tyłu to jeszcze oryginalną folię na siedzeniach miał", albo o tym, że "właściciel to go w garażu na dywanie parkował!".

Np moja osobista pani dr stomatolog opowiadała o tym, że jej ciotka, majętna kobieta, w latach osiemdziesiątych zrobiła prawo jazdy i zakupiła sobie nowego Mercedesa. Jednak wsiadła do niego raz czy dwa i stwierdziła, że bycie kierowcą to nie na jej nerwy. Po czym zamknęła okaz w garażu i trzymała tam, aż do momentu, kiedy młodsza siostra mojej dentystki nie zrobiła prawka, w związku z czym owa ciotka ofiarowała owego Mercedesa w prezencie świeżo upieczonemu kierowcy.

Czasem również na Autokrata.pl (nie żeby to była jakaś krypciocha tego serwisu, po prostu czasem czytam) z zaczerwienionymi policzkami śledzę artykuły o tym, że ktoś gdzieś w jakiejś szopie znalazł samochód pod sianem. Intrygujące są w tym momencie historie aut, które zostały kupione i schowane w świetnym stanie a potem pozostawione na lata w ukryciu i nie używane.

Po za tym na Autokracie to jak lubię wszystkie artykuły o starych samochodach, nie tylko kościołowych. Np kiedyś czytając artykuł o Citroenie DS, prawie się wzruszyłam, tak był ładnie napisany :)

Samochody spod kołderki*.


Terminu 'spod kołderki' najczęściej używamy z moim bratem w kontekście stanu lakieru samochodów.
A jego geneza ma związek z ogłoszeniem na otomoto.pl, które znaleźliśmy kiedyś przeglądając oferty aut bez powodu, z czystej ciekawości.
Pamiętam też że było to w przeddzień premiery "Skyfall" i chyba mieliśmy sprawdzić coś odnoście Aston Martin'a, ale jakimś trafem zaczęliśmy oglądać Starletki.
Moja osobista, którą już opisywałam, poszła za mniej niż 1000zł.
A ta którą jakiś ktoś wystał, została wyceniona na 4000zł.

Wg ogłoszenia, model różniący się chyba tylko tym , że zamiast 3 była 5-drzwiowa. Miał 40 tysięcy przebiegu i został sprowadzony z Niemiec. Nie mogę powiedzieć, na zdjęciach autko wyglądało naprawdę jakby wyjechało z salonu. I tu nie chodzi o lakier, który błyszczał, (a mógł być równie dobrze świeżo po malowaniu), ale wnętrze, którego każdy detal znałam na pamięć z mojego modelu, ( a przypomnę auto w tym roku wg papierów powinno być już 19-letnie) sprawiało wrażenie nieużywanego nigdy.
No i na koniec to, co moją i brata uwagę przybiło najbardziej: wg ogłoszenia, osoba która oferowała Starlet na sprzedaż, u owego Niemca, "znalazła ją w garażu pod kołdrami i kocami".
Cóż każdemu autku życzę takich warunków przechowywania...
Oczywiście nie mamy z bratem pewności czy to ogłoszenie było autentycznie jak również stan licznika i lakieru, jednak element z kołderką zapadł nam w pamięć na zawsze.

Kończąc ten jakże pełen potwierdzonych i rzetelnych informacji post, muszę stwierdzić, że na pewno "Niemiec płakał jak sprzedawał" ;)

niedziela, 28 września 2014

zagadka na czterech kółkach.

Ten post może wydać się niektórym nieco schizofreniczny, ale w ten sposób najbardziej i najsilniej przejawia się moje blaharowanie.
Zacznę od początku, chociaż ta historia ma dwa początki, a tylko zakończenie jest wspólne. Dla normalnych ludzi może to nie mieć znaczenia, ale ja jestem z tematem związana emocjonalnie.

Od kilku miesięcy moje tętno przyspiesza widok aut, które nie są Skodą Fabią, VW Passatem ani Oplem Vectrą (nie umniejszam tym samochodom ani nie chcę tu obrazić ich właścicieli), czyli tym czego na polskich drogach najwięcej, tylko których linia nadwozia wykazuje się swego rodzaju egzotyką. I pojęcie tej egzotyki najlepiej odnosi się do amerykańskich aut które zostały wyprodukowane między rokiem 1959 a 1989. I mają co nieco pod maską. Najczęściej napotykaną przeze mnie nazwą, kiedy gdzieś o nich czytam to muscle cars właśnie ze względu na potężne silniki. Ale i same ich rozmiary są często ... hmmm przerażające.

Zdecydowanie, winą za zainteresowanie muscle cars mogę obarczyć serial Supernatural, dla fanów którego, Chevrolet Impala jest wręcz jednym z bohaterów. W każdym razie Impala spodobała mi się na tyle, że zaczęłam szukać informacji o niej, a stąd już tylko krok do odkrycia całkiem egzotycznego dla mnie działu motoryzacji.

Oczywiście nie wszystkie auta wyprodukowane między '59 a '89 można zaliczyć do tej grupy. To było uogólnienie i nie chcę żeby ktoś mnie źle zrozumiał. Muscle cars to głównie lata '60-'78. Ale musiałam mocno zaokrąglić, żeby nie pominąć żadnego, auta, które wywoła u mnie skręt szyi o 180' lub (o ile mam farta i jest zaparkowany) że przystanę i będę mogła pouprawiać perfidne gapiostwo.

Nie daleko od mojego domu stoi zaparkowany samochód, który no cóż... podejrzewam że nie jest na chodzie. Ma jednak białe blachy więc w najlepszym przypadku musiał być sprowadzony nie później niż 10 lat temu. Ale stoi i ewidentnie nikt nim nie jeździ. Ani w dzień ani w nocy.
Skąd wiem? Bo zdarza mi się biegać około godziny 23. (Ci którzy mnie znają mogą nie uwierzyć, ale wierzcie mi że dla mnie samej stwierdzenie: ja+bieganie" brzmi jak oksymoron.) Nawet moją trasę biegową zmieniłam ze względu na ten że samochód. By móc sobie na niego popatrzeć w nagrodę za wysiłek.
I tak jak ostatnio zawsze biegałam nocą (mój aparat w telefonie nie ma flesza, a i tak błyskanie lampą po cudzym samochodzie mogłoby być źle odebrane...) tak coś podkusiło mnie w niedzielę rano by wybrać się na przebieżkę.
I było na tyle jasno (i wcześnie, że żadnej żywej duszy w pobliżu) że dokołanam historycznego sfocenia.

Od dłuższego czasu ów samochód za żelazną bramą nie dawał mi spokoju i chciałam poznać jego tożsamość, czyli markę, model i przybliżony rok produkcji. Ale jak wspominałam jego egzotyczny jakby nie patrzeć wygląd nie ułatwiał mi zadania.
Zresztą, oceńcie sami.
Serio, postawiłabym piwo osobie, która w tym momencie, patrząc na to zdjęcie, podałaby choćby jaka to marka.

Ten samochód wywołuje we mnie jakieś dziwne emocje- po pierwsze kojarzy mi się z serialem, który oglądałam w dzieciństwie, ale za cholerę nie pamiętam co to był za serial. Wiem, że był o dwóch policjantach, którzy radiowozem o podobnym wyglądzie, jeździli walcząc ze złem i bandytami. Po drugie... Domyślałam się, że samochód jest przynajmniej dekadę starszy ode mnie. Te jego reflektory sprawiają wrażenie zmęczenia życiem. Kto wie ile kilometrów czy raczej mil, ma na swoim koncie? Bo z daleka też mi nie wygląda na egzemplarz kościołowy* lub kołdrzany**. Po za tym gdyby obecny właściciel kochał go wystarczająco mocno, zorganizowałby mu jakiś garaż. Albo przykrył go stosowną plandeką. Ale poczekamy do zimy. Wtedy się okaże, czy to było tylko rozwiązanie na ciepłe miesiące, czy też autko będzie skazane na podłe warunki pogodowe.
Po trzecie, po prostu mi się podoba, pomimo że jest kańciasty, a jak mówiłam chyba wolę trochę zakrzywień i krągłości.

Któregoś raz, przejeżdżając obok niego z moim tatą, wspomniałam mu o tym samochodzie i podzieliłam się moimi wątpliwościami.
Mój ojciec po dłuższej chwili milczenia, bardzo poważnym tonem stwierdził: "To na pewno samochód dyrektora." Zapytałam skąd wie i czy go zna. "Nie no, to musi być dyrektor. Zwykłemu pracownikowi nie pozwoliłby trzymać samochodu na terenie firmy". Dedukcja godna samego SH normalnie :D

Bez zdjęcia i polegając jedynie na mojej pamięci, wydawało mi się, że znalazłam odpowiedź na męczące pytanie: OCH CZYM JESTEŚ SAMOCHODZIE?!
Ofiarą padł krewny Impali czyli auto też od Chevrleta, o wdzięcznej nazwie przywodzącej na myśl jeden z moich ulubionych alkoholi... Malibu.




Nie bez powodu też to auto kojarzyło mi się z tym serialem o glinach, ponieważ policja w niektórych Stanach używałam własnie Malibu;)



I byłam z siebie dumna opowiadając znajomym, że udało mi się odnaleźć ID tego przeuroczego auta.
Ale, jak mówiłam, nie mogłam mieć 100% pewności, póki uzyskałam zdjęcia.
I mój niepokój wzbudziły zewnętrzne kierunki w Malibu, których próżno szukać u naszego Johna Doe. Do tego zupełnie inny grill, maska jakby inaczej wyprofilowana i jeszcze sterczący znaczek, którego w Chevy Malibu zwyczajnie nie ma.
Co więc Nika zrobiła?
(Panie Boże, pobłogosław twórców Wiki, za to, że tak ładnie potrafią katalogować marki samochodów.)
Zaczęłam sprawdzam po kolei wszystkie amerykańskie marki pod kątem modeli z lat '70-'80.

Teraz druga część.
Czasem prócz układania kwiatów, tworzenia biżuterii, pieczenia, szydełkowania ( przy okazji serdecznie zapraszam na mojego drugiego bloga ) biegania nocą i prób nieudolnego pisania o samochodach, również nieudolnie pisuję prozę do tak zwanej szuflady. I kiedyś jedno z opowiadań poświęciłam modelowi Muscle Car z roku '67. Bo tak, bo mi się spodobał. I już. I wydawał mi się samochodem tak rzadkim i niespotykanym, że z pewnością na żaden nigdy nie natrafię.

No i tym samochodem był.... Buick Skylark.
Co ciekawe, zdecydowana większość modeli ( z wyjątkiem dwóch ostatnich) jakie firma wypuściła na drogi, ma w sobie właśnie to coś co może powodować skręt szyi lub pisk mojej wewnętrznej blahary.
Serio, podjarałam się faktem że to właśnie Buick.

Zresztą tego samego dnia którego zrobiłam zdjęcie, odwiedziłam Otrębusy (o tym to cały osobny post będzie...) a tam można podziwiać odmalowanego na różowo- bo często wozi nowożeńców- Bucika z '53 którym o ile dobrze pamiętam, woził się sam premier Cyrankiewicz. To znaczy, nie że pamiętam Cyrankiewicza, tylko pamiętam, że gdzieś o tym czytałam.
Ten Buick wygląda na jeszcze bardziej zmęczonego życiem niż ten z mojej okolicy. Po pierwsze ten majtkowy różowy. Ja rozumiem że szalone lata '50, wow wow, rock'n'roll i tak dalej, ale samochód był pierwotnie czarny. Zresztą skoro woził kiedyś jakiegoś prezesa rady ministrów, to nie mógł być różowy na litość boską... Po drugie pożółkłe reflektory z zaciekami. Smutek.
Po trzecie i co najbardziej badziewnie wygląda w tym aucie, to elementy które winny być chromowane, a wyglądają jakby ktoś je odmalował matowym sprejem na srebrno, co daje efekt jakby były z plastiku. Nie znam się na konserwacji samochodów, zwłaszcza na restauracji tak starych, ale to po prostu nie wygląda dobrze. Do tego jeszcze "przesympatycznie" wyglądająca pani woźna która szmatą ocierała co niektóre eksponaty, jako mistrzyni drugiego planu.
Ostatecznie nasuwa mi się myśl ostateczna...

Dobra. Koniec tych niesmacznych żartów. Buick Skylar '53 to sama klasa, czysty szyk i 100% elegancji. Według jednego ze źródeł na które natrafiłam, tego modelu wypuszczono zaledwie 1690 sztuk, a rok później (1954) 836. Ten Roadmaster do 60 mil na godzinę (czyli do setki) dobijał w 12 sekund.



Czyli reasumując, kilka ulic ode mnie stoi jego prapraprapraprawnukczek (Nie Cyrankiewicza, tylko Buicka z '53).

Ale skoro już o Skylarkach mowa, to może zrobię szybki przegląd wszystkich modeli :)

Po 1954 roku nastała przerwa w produkcji i nowa odsłona Skylarka została zaprezentowana w 1961 roku. Według źródła było to sport coupe. Ja bym powiedziała, że sedan, ale ja się przecież nie znam.
Nie mniej auto robi wrażenie i jest nie tylko śliczne ale też pięknie oddaje stylistykę i modę panującą wtedy.



W tym modeli to nawet róż mi nie przeszkadza. Chromowane elementy w tego typu autach zawsze, ale to ZAWSZE powinny zostać chromowane. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że łącznie - Buicka Skylarka pierwszej generacji było 2526 sztuk, jestem w stanie zrozumieć, że ciężko dostać nowy zderzak i to w dobrym stanie. Słyszałam na przykład, że części do Forda Mustanga z lat '70 są tańsze niż do nowego BMW, bo na rynku jest ich zwyczajnie bardzo dużo.

Lecąc dalej, mamy Skylark'a z roku 1963. Linia nadwozia wyraźnie się uspokoiła.




Tak wyglądającego Buick'a produkowano dwa lata. Tylko w '64 wyprodukowano ok 55 i pół tysiąca sztuk, więc podejrzewam że jakby ktoś chciał do tego modelu kupić części, mogłoby być już łatwiej ;)
W modelu o rok starszym coś tam pokombinowali z maską z przodu. Jest to w każdym razie stylistyczne ogniwo łączące wcześniejszy i następny model.
Buick Sykark 1965
1966

1967

1968

1969

1970

1971

1972
Z roku na rok coś się w nich zmieniało. Np w modelach '67 i '68 tylne koło chowało się pod karoserią, a już w kolejnych latach znów było na wierzchu.

Według żródeł do których udało mi się dotrzeć, na pewno wszystkie modele do '72 miały pod maską silnik V8. Co do koni, to jeszcze nie rozszyfrowałam przelicznika podawanego na stronach po angielsku, ale myślę, że będę musiała się w to wgryźć głębiej. Roadmaster z lat '53-'54 miał silnik V6.
Ostatni model przed tym z mojej okolicy wyglądał tak :
1979

Teraz zakończenie historii. Szukając na wiki i przeczesując każdy model po kolei, jak doszłam do Skylarka, to pomyślałam : "eeee, na pewno to nie będzie Skylark, ale takie są piękne, że pooglądam sobie ich zdjęcia." Uczucie, kiedy zidentyfikowałam ten model z około '85 roku - bezcenne.



I jeszcze jedno zdjęcie zrobione przeze mnie. Mam nadzieję, że nikt nie ma wątpliwości, że to Buick Skylark :)

Po tym modelu były jeszcze dwa, ale jak mówiłam, nie jarają mnie już tak bardzo. Za współczesne są jak dla mnie :P

'89-'91

'92-'98

No, ostrzegałam że będzie co najmniej dziwnie,

*Szerzej rozwinę zagadnienie w pości pt. "Samochody kościołowe"
**Szerzej rozwinę zagadnienie w pości pt. "Samochody kościołowe" w podrozdziale "Spod kołderki".

źródła: Wiki oraz http://www.musclecarclub.com/musclecars/buick-skylark/buick-skylark-history.shtml